Blog Wydrylowanego Niczym Wiśnia

W każdym jest jakiś pierwiastek dobra, który poprzez rozmowę możesz odnaleźć i wystawić na światło dzienne.

VI Zjazd AM (Toruń 2008) – Relacja z mojego punktu widzenia grudzień 8, 2008

Środa

Cały dzień czekałem z niecierpliwością by wygodnie rozsiąść się w pociągu kochanych PKP. Nerwica przed podróżą z przesiadką w nieznanym mi Tczewie o 2 w nocy dawała o sobie znać. Niewiele myśląc zakupiłem bilet normalny, przez co utraciłem kilkanaście złotych więcej. Oczekując na spóźniony o 20 minut pociąg relacji Białystok-Szczecin spotkałem towarzyszkę podróży do stacji w Tczewie – córkę mojej nauczycielki. Zawsze lepiej podróżować w grupie – nawet dwuosobowej. Gdy pociąg stanął na stacji wpakowałem się z torbą, gitarą i torebką z żarciem do środka. Rozsiadłem się wygodnie i spędziłem kilka godzin na rozmowie z nowo-poznaną osobą. Zagrałem też nieco na gitarze.

Czwartek

Po drodze do Tczewa minąłem zamek w Malborku oraz (co niemało mnie zdziwiło) Elbląg. Na miejscu wysiadłem, odnalazłem zapis z którego peronu będę jechał dalej i zadzwoniłem do Metisa. Obudziwszy go w środku nocy dowiedziałem się, że pociąg jest pełny. Ale za to byłem pewien, że mam z kim jechać dalej. Gdy pociąg zajechał na peron wsiadłem do pierwszego lepszego wagonu nie będąc pewien czy to ten pociąg – był wcześniej! Po chwili usłyszałem Metisa – od razu wpakowałem się do przedziału znalezionego przez organizatora i spokojnie czekałem na stację Toruń. Minąwszy po raz kolejny Malbork i będąc w pewnym towarzystwie skusiłem się nawet na półgodzinną drzemkę, przez co ominąłem wschód słońca. ;P Gdy nadszedł czas – byliśmy na stacji Toruń Główny. :) Zjazd prawie się rozpoczął. Od razu zakupiliśmy razem z Metisem po bilecie autobusowym i pognaliśmy do 1′ki, gdzie po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że rezerwacji, którą miał załatwić Dziad Mróz pani nie widzi i nie ma. Mus musem – musieliśmy się pobłąkać nieco po mieście i poczekać na kolejną zmianę, która może coś o rezerwacji wie. Pani z recepcji pozwoliła nam natomiast na pozostawienie bagaży za kratą, co z chęcią uczyniliśmy, gdyż tachanie toreb i gitar ze sobą nie uśmiechało nam się. Bądź co bądź – poszliśmy przejść się po mieście. Michał poprowadził mnie koło Kopernika w celu szukania sklepu otwartego rano. Gdy go odnaleźliśmy – zakupił coś na śniadanie – paczkę fajek(66′tów). ;) Minęliśmy także miejsce pracy i zamieszkania Adama Dziada. W ramach oczekiwania na kolejną recepcjonistkę przysiedliśmy na placu przy rynku i zjedliśmy kanapki. Nakarmiliśmy także armię gołębi zombie! Gdy już znudziło się nam patrzenie na gołębie(w tym jednego przejechanego przez rower), wróciliśmy do regionu akademików. Zamiast udać się do 1′ki – odwiedziliśmy jeszcze dwa akademiki zapytując o rezerwację. Po wyjściu z drugiego spotkaliśmy miłą panią recepcjonistkę, która powiedziała nam o tym, że rezerwacja się znalazła. Uradowani poszliśmy się zapisać do pokoi i zostawić nasze graty w 1′ce. Nastąpiło czekanie na ZoltaR’a. Czekaliśmy już na autobus by podjechać pod PKP po Arturka, gdy nagle po telefonie dowiedzieliśmy się, że mamy czekać. Niewiele myśląc – przysiedliśmy sobie na ławeczce i czekaliśmy na drugiego z organizatorów. Oglądnąwszy kilka autobusów którymi ów mógłby przyjechać, doszliśmy do wniosku, że ZoltaR bohatersko wybrał się w pieszą wędrówkę przez most nad Wisłą.

Po długim oczekiwaniu powitaliśmy Artura tuż za przejściem dla pieszych. Następnie doprowadziliśmy go do jego dwuosobowego pokoju współdzielonego z Metisem. Zostawiliśmy graty ZoltaRa i trzecią gitarę na zjeździe. :) Teraz nadszedł czas na oczekiwanie na Szatanistę pod Kopernikiem. Rozpoznać go można było łatwo – bokserki moro i twarz z albumu na forum AM. Czekaliśmy we trzech dość długo – aż do momentu, gdy Michał zorientował się, że za chwilę mają pojawić się na PKP głównym BlackDog z kolegą oraz Sarius. Ponieważ nie można było zostawić Reda samego w mieście – zostawiono mnie, bo kilkanaście minut później miałem odebrać jeszcze Niare z PKS’a Głównego. No i zobaczyłem (jak mi się wydawało) zdezorientowanego Huberta do którego pomachałem/wystawiłem dłoń w powietrze. :P Z braku laku i nadmiaru czasu poszliśmy na placyk przy parku i panu Marszałku. Tam spotkaliśmy organizatorów którzy powitali oficjalnie naszego miłośnika Szatana. Jako że nadszedł dla mnie czas odbioru Niare – spytałem Reda, czy pójdzie ze mną. Po uzyskaniu odpowiedzi razem już kroczyliśmy przez Toruń na oślep i zapytaliśmy po drodze Policjantkę o drogę. Rozmawiając doszliśmy na PKS’a, gdzie musieliśmy jeszcze chwilkę odczekać na błękitny autobus, więc z powodu, że było gorąco a Hubert miał na sobie czarną bluzę i nosił ciężki plecak – załatwiliśmy sobie wodę czystą mineralną. Z kolejnym członkiem AM’aga wybraliśmy się już w drogę powrotną do akademika. Tam spotkaliśmy już BlackDoga, Łukasza Sariusa i Romana(alter ego Roberta Gawlińskiego). Zgodnie z planem zlotu – o 11 przed Kopernikiem mieliśmy oficjalnie go rozpocząć. Chcąc nie chcąc – po krótkim rozłożeniu w akademiku wszystkich poza Red’em(który miał nocować z Dziadem i tylko zostawił plecak w pokoju 202) – poszliśmy pod pomnik znanego Polaka. Niestety Vilq chyba złapał Wilka, gdyż nie pojawił się na zjeździe mimo tego, że wszyscy go wtedy oczekiwaliśmy. ;) Po krótkim pobycie Pod Aniołem gdzie wyszły preferencje co poniektórych(normalnie WoW), oprowadzający powiedli nas do pracy Dziadka Mroza, gdzie zobaczyliśmy ładną kupę płyt i innych cudów. ;) (Ale klatka i tak była za ciemna!) Po wyjściu mieliśmy naprawdę trudny dylemat pt. „I co teraz?”.

Po chwili przesiedzianej Pod Aniołem wielu z nas poczuło nieznane ZoltaR’owi uczucie – głód. Głodni więc wybraliśmy się do Baru Mlecznego, gdzie Gawliński zamówił makaron z białym i kremowym sosem Artura(nie pytajcie z czego), a ja wraz z Sariusem czekaliśmy długo na zrobione szybko danie pt. „Kotlet z serem(którego nie ma), ziemniaki i kalafior”. W międzyczasie pewien osobnik dla niepoznaki wchłonął zapiekankę z okienka obok baru mlecznego. Gdy już wszyscy(którzy coś zakupili) byli usatysfakcjonowani wypełnieniem swych żołądków, grupka AM’agowców wróciła do akademika by czekać na przybycie gościa specjalnego. Wszyscy poza wtajemniczonymi byli zaintrygowani tym, któż to może być, więc gdy nadeszła godzina – chyżo podnieśliśmy szanowne tyłeczki i zabraliśmy się do marszu na PKP Główne poprzez Wisłę. Dzięki Bogu(i Polakom) nad Wisłą zbudowany jest most, który to ułatwił nam przebycie tej wspaniałej rzeki, aczkolwiek lekko irytowało mnie to, że idzie się nad tą wodą i idzie… Następnie szliśmy po jakichś lasach i dziwnych drogach, więc ucieszył mnie widok stacji, która kilka godzin temu witała mnie w tym mieście. Nie zdążyliśmy zejść do lochów, gdy spośród ciemności wypełzł na nas dziwny stwór. Był to Łukasz alias Szakoou, który mimo napiętego harmonogramu skusił się na przyjazd do Torunia(chyba po to, by zobaczyć jak z organizacją zjazdu poradzi sobie ZoltaR). Ku wielkiej radości co poniektórych – nowoprzybyłemu nie uśmiechała się piesza wędrówka z bagażem około kilometra, więc wszyscy po zakupie biletów podjechaliśmy MZK pod Wujka Piłsudskiego, skąd niedaleko do naszej bazy wypadowej. Załatwiliśmy dla Szaka pokój i ruszyliśmy wszyscy Pod Anioła, skąd dostaliśmy sygnały o kolejnej partii zjazdowiczów. Gdy wbyliśmy do lokalu, ujrzeliśmy grupkę otoczoną gęstymi kłębami dymu i rozłożoną na fotelach i kanapach. Donald, Pszczóła i Łysa Owieczka przybyli, a wraz z nimi siedział Dziadek Mróz. Po krótkiej rozmowie nawiązanej głównie między Donaldem i Arturem, po raz kolejny zgłodniałem, podobnie jak kilkoro innych osób. Tak więc razem z Niare, BlackDog’iem i Szakiem poszliśmy na naleśniki. W barze mlecznym nie było, a najtańsze poza tamtym miejscem były w Manekinie. Jako że nie lubimy być wybredni – wszyscy zamówiliśmy takie same naleśniki, lecz z różnymi polewami i bitą śmietaną(za wyjątkiem Blacka, który dostał ją gratis! ;) ). Po tym jakże (pomimo pozorów) sycącym posiłku wróciliśmy do pozostałych. Zbyt długo jednak nie posiedzieliśmy, gdyż nowoprzybyli musieli rozłożyć swe bagaże w akademiku. Po drodze po raz kolejny Kaczor podrażnił ZoltaR’a. Tym razem nie tylko słowami – podstawił mu kiełbaskę na kiju. Ostatecznie pogodzili się jedząc ową kiełbaskę jak te kundle z Zakochanego Kundla. Na szczęście dla zdrowia psychicznego widowni – nie skończyli w pocałunku. :) Z braku laku zebraliśmy się najpierw w pokoju organizatorów i robiliśmy co się dało zrobić. W międzyczasie Red zabrał swe bagaże do kwatery Adama, a my przenieśliśmy imprezkę do pokoju Donalda. Po zdegustowaniu taniego wina marki Bieszczadzkie(nie wszyscy pili ;P ) nastąpił czas rozmów i śpiewów. Osobiście wytrzymałem tylko do ok. 20, gdy poszedłem zmęczony spać, więc więcej nie pamiętam. :P

Piątek

Po pobudce późnym rankiem(coś koło 10’tej), w pokoju obok znaleźliśmy trupa. Jeden z nas leżał niczym martwy z czego pozostali mieli bekę. Pszczółce zniknął klapek albo i dwa(kocham swoją pamięć x/). Wielu się przemyło i poczuło głodnymi, więc zebraliśmy się w grupkę „Głodni Fani Biedronki” i zmusiliśmy biednego Artura by wydał nam położenie Biedronki. Z ową wiedzą wybraliśmy się na miasto i dość szybko trafiliśmy do Biedronki, która zaskoczyła mnie tym, że była umieszczona w budynku. Dość szybko zakupiliśmy niezbędnik przetrwania(Bułeczki „Niepsującesię”, Nektar „Zkawałkamisyfu[?owoców?]”, parówki złożone w 70% z mięsa!! i inne cuda) polecany dla mnie przez Szaka. Z pełnymi torbami zaszliśmy do akademika i od razu wwaliliśmy się do pokoi by skonsumować śniadania. ZoltaR musiał być szczęśliwy, ponieważ dostał tyle bułeczek „Niepsującychsię” z Biedronki, że jedną oddał dla Metisa. Po śniadaniu posiedzieliśmy nieco grając, śpiewając i rozmawiając, a gdy już wszyscy byli najedzeni i zadowoleni – organizatorzy zabrali nas na wycieczkę po zabytkach Torunia.

Minęliśmy Bramę Apokalipsy – tą, od której zależy czas zakończenia świata; Nadgryzioną Krzywą Wieżę – była prosta do czasu gdy Artur nie spróbował zjeść jednej z cegieł u spodu; Zegar Słoneczny dla ślepych – działanie jest banalnie proste – godziny napisane alfabetem Braille’a umieszczone na okrągłej metalowej tarczy zegara nagrzewającej się od słońca. W miejscu gdzie jest najgoręcej można odczytać aktualny czas. Chwilkę później zobaczyliśmy także Pomnik Kuszy (ktoś bełkotał o jakiejś kotwicy, ale kto by się bzdurami przejmował?) nad promenadą nadwiślańską. Na jednym z „murków” promenady zapisane były cytaty z wybitnego dzieła polskiej kinematografii kręconego właśnie w tym miejscu – Rejsu. Przechadzając się po tym brzegu zobaczyliśmy też łódkę postawioną na ziemi, tablicę z „ciekawą historyjką o Rejsie” i małą budę z dużym zegarem pod którą Sarius przysłonił dla Donalda Słońce. Dostrzec stamtąd mogliśmy również Zegar Słoneczny dla głuchych. Idąc dalej minęliśmy ziemię poświęconą pod jakimś tam kościołem dochodząc do zburzonego zamku Krzyżaków. Schowaliśmy się za nim i oczekiwaliśmy na przybycie Reda z Dziadkiem, którzy po upojnej nocy zapomnieli chyba o nas. W międzyczasie Szak odebrał kolejny telefon „służbowy” z czego można było się pośmiać. Wracając na ulice Torunia minęliśmy Smoka Toruńskiego – bliskiego krewnego tego spod Wawelu, przez co ci niezaciekawieni figurką musieli sobie poczekać. Po wycieczce wybraliśmy się w drogę do Pod Anioła gdzie czekali na nas już Obywatel z Niną, Ninjin oraz Vigmyn(„cute boy” moim zdaniem xP). W drodze co poniektórzy skonsumowali tanie i dobre lody czekoladowe! Już w zjazdowej „karczmie” niektórzy z nas przyjęli tytoń w różnych postaciach do czeluści swych organizmów, a reszta musiała się zadowolić rozmowami lub śpiewem do gry organizatora-wirtuoza. To wtedy ktoś zrobił dla Huberta zdjęcie topless, a ja z Dziadkiem PORÓWNYWALIŚMY KTO MA WIĘKSZE dłonie i stopy(podczas którego to porównania Owca przywiązała nas do siebie sznurówkami małżeńskimi lub małżowymi), a Metisowi w końcu przekazano, że gra za głośno i „odstrasza klientelę”. To nic, że byliśmy około 95% obrotów w tych godzinach – wyproszono nas o ciszę. W międzyczasie część z nas poszła do Baru Mlecznego by skosztować tamtejsze, tanie naleśniki. Gdy wszyscy dopili swe piwa – zdecydowano wrócić do akademika. Przy fontannach Adaś pokazał wszystkim jakie ma wytryski, przez co wszyscy zostali choć trochę zmoczeni. Przechodząc pod pomnikiem Piłsudskiego Obywatel z Niną zaprezentowali nam Laskę Marszałkowską. W akademiku zaś działo się to co zwykle – picie, śpiew i hulanki. Do czasu aż ktoś zauważył, że PMG powinien już tu być. Nie spiesząc się wyszliśmy wiec na przystanek by czekać na najzabawniejszego moderatora Forum AM. Pani z recepcji wiedziała chyba z kim ma do czynienia, gdyż ów członek AM dostał pokój nr. 200 oznaczony jako „Hotel”. Po rozładowaniu go w tym pokoju i pogadaniu nieco razem wybraliśmy się wszyscy do jakiegoś klubu.

Niestety – urażeni ludzie z Pod Aniołem nie chcieli nas wpuścić(bo był jakiś tam koncert?), więc ZoltaR zaprowadził nas do KafeFajki. Przeszkodziliśmy pewnej parze w romantycznych chwilach wpakowywując się całą grupą koło nich. Po chwili pani od obsługi spytała czy wszyscy są pełnoletni i dzięki dwóm osobom nie dostaliśmy fajki wodnej. Wszyscy pełni zrozumienia pocieszali dwie niepełnoletnie duszyczki. ;) Rozsiedliśmy się wygodnie na poduszkach i zaczęliśmy rozmowy. Niestety – Pszczółę coś zabolało, więc Donald zabrał ją do akademika. Kilka osób w skupieniu słuchało wykładu PMG „O wyrzeczeniach i trudach bycia informatykiem z zawodu”, po czym Obywatel zaczął z nim dyskusję o Wikipedii, której Piotrek jest adminem(jednym z wielu). Gdy muzyka zaczęła być naprawdę głośna kilkoro z nas poszło po coś do picia(piwa/soki). Gdy zaś atmosfera naprawdę zmętniała i zaczęliśmy bełkotać o horrorach klas X, Y i Z oraz horrorach hentai, wynieśliśmy się na zewnątrz. Jako że w lokalu nie było nic jadalnego to zgłodnieliśmy. Zgodnie z radą Artura wybraliśmy się ponownie do Manekina, gdzie ów dostał kolację sponsorowaną przez literki P, M i G. Ja, siedząc z Sariusem, Ninjinem i Niare skonsumowałem lazanię zawierającą naprawdę dużą ilość mięsa. Gdy już wszyscy zapłacili, wyszliśmy przed naleśnikarnię. Idąc potem ulicami, tuląc się parami(i nie tylko) doszliśmy pod monopolowy całodobowy, gdzie część zakupiła sobie zapasy i rozdzieliliśmy się pod teatrem. Część wybrała się odprowadzić wyjeżdżających nazajutrz Obywatela i Ninę(co przerodziło się wg. Słów obserwatorów „w wielką orgię i popijawę”), a drugi part poszedł do akademika, gdzie siedział do późna uniemilając życie Roberta Pitu-Pitu’jącego w tle rozmów i śpiewów. ZoltaR rzucał ciężkimi dowcipami i Phant wisiał w powietrzu. Pszczóła pojawiła się w pokoju jak na zawołanie – tuż przed czwartą przyszła do nas by równo o 4AM zagrać „Czwartą nad ranem”. Około czwartej czterdzieści i trzy nad ranem grupka od Dziada przywlokła się, a ja wybrałem się na spoczynek. :)

Sobota

Rano, czyli gdzieś koło południa czekały na mnie pobudka, prysznic i śniadanie. Szak zniknął co pomimo zapowiedzi przyjęliśmy ze smutkiem. Lecz już koło 13 byliśmy na stacji PKP Toruń Miasto, gdzie spotkaliśmy Qnika, Mal i Grega z dziewczyną o imieniu Marta. Niestety – zauważyliśmy, że RPA nie wychodzi z pociągu. Zaniepokojeni skontaktowaliśmy się z nim i okazało się, że nie chciało mu się w pociągu szukać reszty i wysiadł na Toruniu Głównym. ;P Grupką poszliśmy więc pod Fontannę Asztaki, gdzie RPA już był. Idący w pierwszym rzędzie Donald, Red i Gregorius minęli go bez słowa, lecz kolejni spalili dowcip i dopadli go tłumnie bez cienia litości. Zawróciliśmy więc na miasto, gdzie podzieliliśmy się na dwie grupy – pijących i jedzących. ;P Ja byłem w grupie żrącej bez umiaru i wybrałem się z resztą do Manekina. Tym razem siedziałem z Ninjinem, RPA, Black’iem, Niare i (później dosiadłszym) Romanem. Gdy wszyscy coś pozamawiali nadszedł czas oczekiwania. Tym razem jednak wybrałem złe danie, które po częściowym skonsumowaniu zmusiło mnie do natychmiastowej ofiary dla Szatana. :/ A gdy wróciłem – nie dokończonego naleśnika zabrali mi ze stolika. Smutny więc z bolącym brzuchem i resztą AMagowców wybrałem się do pijących. Tam Metis siedział po raz drugi za fortepianem. Niestety – zaraz po „zamówionym” utworze Bacha wysłannicy przewrażliwionej właścicielki przyszli powiadomić nas, że znów jesteśmy zbyt głośni! :/ W międzyczasie ZoltaR odebrał swoją dziewczynę przy której nie palił i nie wulgaryzował(za bardzo). Po wypitych trunkach, pełni nadziei na ciekawe wycieczki z chęcią zaakceptowaliśmy plan by stworzyć z nas klasę która na wycieczkę do Planetarium wybiera się razem z opiekunką Martą.

W planetarium obejrzeliśmy wiszące eksponaty, części meteorytów i ich odlewy po czym zaproszono nas na seans. W oczekiwaniu na rozpoczęcie zabawiliśmy się w głuchy telefon, lecz tylko dwa razy. Następnie odpoczęliśmy sobie śpiąc „pod ruchającymi się na nieboskłonie gwiazdami”(czyli pod ciemną kopułą). Dzięki zregenerowanej energii napadła nas ochota by sobie pooglądać wytryski, lecz najpierw wpadliśmy do Biedronki i monopolowego po artykuły niezbędne do przeżycia dla AM’agowców. Z zapasami wróciliśmy do akademika rejestrując Wrocław i RPA. Następnie poszliśmy pod Kopernika obejrzeć Dziadka jeżdżącego na osiołku oraz Donalda przewieszonego na osiołku, bitego przez Adasia. Minęliśmy też jakiśtamkościół by dojść na PLAC ZABAW. Co prawda było tam dwóch dresów, ale na nasz widok zniknęli. Wtedy rozpoczęła się zabawa. :) Sarius kręcił wieloma chłopcami na karuzeli by w końcu samemu zakręcić się na niej, puścić i bardzo boleśnie trafić w jakieś metalowe rurki głową. W międzyczasie huśtałem się na huśtawce z Owieczką. Potem doszedł jeszcze RPA, a jeszcze później Niare bujała się z Owieczką. Na huśtawkach do skakania i bujania się głównie bawili się Greg, Qń i Sarius, którzy po chwili przenieśli się na zwolnioną przez dziewczyny huśtawkę. Gdy już wszyscy się wybawili zeszliśmy na Promenadę która nocą, z gwiazdami nad głową jest naprawdę piękna. Most widniejący w oddali, jakieś tam głupie fajerwerki za mostem(albo atak terrorystyczny na most – kto wie? :) ) sprawiły, że nawet nie zauważyło się gdy ponownie byliśmy przy Pomniku Kuszy. Tym razem ZoltaR upozował się do zdjęcia z pomnikiem. Po chwili dołączyli do niego Vigmyn i Dziadek. Gdy sesja zdjęciowa się zakończyła wybraliśmy się na miasto w poszukiwaniu pizzerii. Niestety – wszystkie do których się wybraliśmy były już w trakcie zamykania.Tak więc chcąc-nie chcąc wróciliśmy do akademika na wielką imprezę, ponieważ organizator Metis załatwił nam dostęp do największej Sali w akademiku. Gdy już wszyscy się tam zebrali z jedzeniem i alkoholem a Pitu-Pitu przyniósł gitarę – zaczęła się zabawa – rozmowy o wszystkim, śpiew, pokazywanie dowodów, legitymacji i innych cudów. Artur zaśpiewał nieco Kaczmara wraz z Metisem, a następnie RPA grał dla nas Belzeboss’a z Pick of Destiny. ;P Po tej piosence zniknąłem dosłownie kilka kroków za ZoltaRem.

Niedziela

Pobudka rano, śniadanie i mycie szło rutynowo… Gdy nagle pojawiła się folia bąbelkowana – najlepsza zabawa zjazdu. Wszyscy obecni zjazdowicze od razu rzucili się do zbijania bąbelków z folii. Chwilkę później odkryliśmy śmieszny zbieg okoliczności na Forum AM związany z RPA i jego przygodą pociągową. ;P Jako że nie zamierzaliśmy siedzieć bezczynnie – ruszyliśmy na kolejną wycieczkę. Zebrawszy się przy wejściu do akademika nudziło nam się, więc zaczęliśmy symulować układ planetarny wokół Sariusa. Ten jednak nie docenił naszych starań i powiedział, że jesteśmy głupimi planetami, bo wszystkie naraz krążymy wokół niego po jednym i tym samym okrągłym torze. Wtedy kilka planet odleciało smutnych, a jedna przygadała dla Słonecznego Łukasza, że kiedyś i on zmieni się w czerwonego olbrzyma. Chwilę później spotkaliśmy inny zjazd – zjazd właścicieli aut marki BMW. Wyśmialiśmy ich i po dobiegnięciu do nas PMG ruszyliśmy na wycieczkę, by od razu zauważyć, że jednak na zjeździe pojawił się i Pan Stanisław. Ślad z jego pobytu udokumentowaliśmy na zdjęciu. J Tego dnia wybraliśmy się na zamek, lecz tym razem by zobaczyć go nie tylko z zewnątrz. Sama budowla to jedna wielka ruina, aczkolwiek zabawy było co nie miara, gdyż nikt nie pilnował eksponatów. ;) Widzieliśmy sypialnię, zbrojownię i pokój zabaw Krzyżaków. Był też model zamku z okresu gdy jeszcze stał. Była studnia ze szkieletem na dole, mała i prymitywna kuźnia, oraz hit zamku – dyby i kajdany. Ktokolwiek w dyby był zakuwany, ten po chwili czuł się wydymany przez Adasia, który na widok wypiętych tyłeczków AM’agowców natychmiast zaczął przy nich pozować. :) Po naszych zakuliśmy w dyby jeszcze Koziołka Matołka Szatana oraz Gwiazdę Lenina. Po odwiedzinach zamku przyszedł czas rozstania się z Wrocławiem, który już musiał wracać do siebie.

Jako że jesteśmy mili – odprowadziliśmy ich na Toruń Miasto, gdzie wredna pani ze sklepiku niemiłym głosem oznajmiała o czasie rozmrożenia zapiekanek. Gdy nadszedł czas – wyszliśmy na peron i nastąpiły najgęstsze 4 minuty zjazdu – najwięcej zjazdowiczów było obecnych. Przyjechał UnionJack i od razu powitał Wrocław, by w ciągu kilku minut już go żegnać. Po kulminacyjnym momencie zlotu wyszliśmy z peronu razem z Michałem by coś zjeść – poszliśmy do Metropolis. Niektórzy poszli od razu pić, ale co w tym ciekawego. Natomiast w pizzerii tym razem nie przegoniono nas, a wręcz bardzo miło ugoszczono. Ja siedziałem wraz z Blackiem, RPA, Unionem, Niare i Vigmynem. Jako że Michał nie chciał jeść – zamówiliśmy dwie familijne i coś do popijania. Gdy kończyliśmy drugą pizzę pojawił się PMG który dosiadł się jeszcze do nas i zamówił pizzę familijną, którą pomagał mu konsumować Union. Gdy my zjedliśmy i zapłaciliśmy kasę dla kelnerki o fajnym tyłeczku, dołączyliśmy do grupy Pod Aniołem. Tam jak zwykle gadano o wszystkim i o niczym. W międzyczasie ZoltaR odprowadził swą dziewczynę do odjazdu i wrócił szczęśliwy z fajkiem w zębach. Tam nastąpiła druga, większa fala wspominania Tomka. Powieszono też pustą butelkę po Fancie na sznurówce co różnie odebrano, ale ogólnie uśmiechano się z tego „symbolu”. Po gniciu w barze wszyscy zaszliśmy do akademika, gdzie podzieliliśmy się na dwie grupy – jedna poszła na miasto, a druga – w której i ja byłem – została popatrzeć na cuda w Wikipedii prezentowane przez PMG.

Popatrzyliśmy jak PMG grał w Sonny’ego, potem pokazał nam historię edycji hasła Howard Webb na Wikipedii, potem nastąpił czas na oglądanie filmików na youtube. A gdy już poczuliśmy, że PMG musi spać – pożegnaliśmy się, przytuliliśmy go i poszliśmy do innego pokoju – 202. :P Tam siedzieliśmy rozmawiając prawie o wszystkim. O bójkach, pijackich historiach, pochodzeniu poszczególnych osób, historyjkach z policją. Graliśmy też na gitarze, ale nie za wiele. Nie wiem kiedy przyszli Ci, którzy wyszli, aczkolwiek pamiętam, że o 4 nad ranem Pszczóła zagrała dla nas piosenkę o tej godzinie. Siedzieliśmy wszyscy do około siódmej rano, gdy w końcu mogłem się położyć. xP Przedtem pożegnałem RPA, którego rano miało już nie być. Ogólnie noc była długa, a Pitu-Pitu troszkę pograł, a w pewnym momencie przyszedł opatulony jak jakiś wampir. ;P

Poniedziałek

Już od rana czuło się tą ciężką atmosferę, która wszystkich przyduszała i smuciła. Oto kończył się kolejny zjazd AM’agowców. Z rana zebraliśmy się w pokoju Donalda, gdzie trafił też oślepiony Metis. I stał się cud – Kaczor uleczył go ze ślepoty pewnym tekstem. ;P Z ciekawych rzeczy – leżał też tam Ninjin śpioch. Widać, że jest nastawiony na inny rytm życia jako ochroniarz. Wszyscy popakowaliśmy się i wtedy zauważyłem, że Uniona nie ma z nami – zniknął w nocy. ;P Na zewnątrz najpierw zaszliśmy do jakiejś piernikarni gdzie każdy mógł zakupić piernika. Ale idąc dalej – wybraliśmy się Pod Anioła, gdzie rozsiedliśmy się i oczekiwaliśmy na rozejście się. W pewnej chwili zabrałem Blacka, Romana i Niare ze sobą na wycieczkę do Empiku, gdzie ja i Black zakupiliśmy po książce „Nagrody Darwina 1”, dzięki czemu mogliśmy razem z resztą poczytać o chomikach w odbycie i innych cudach ludzkiej pomysłowości. Podczas ostatniego siedzenia w knajpce organizatorzy stworzyli edycję limitowaną papierosów VI Zjazdu AM, których była dosłownie jedna sztuka. Była, bo Metis już ją spalił. ;P Donaldowi już udzielała się Huynia. Powoli kolejni zjazdowicze odchodzili. Pamiętam, że musiałem jeszcze razem z Niare i Redem nieść dla Pszczóły torbę tak do połowy drogi. :P Potem siedzieliśmy na PKS’ie i zniknąłem coś koło 16:15.

Puff! Koniec Bajki!

Tak oto wyglądał zjazd widziany z moich oczu i opisany mymi dłońmi. :)

 

2 Responses to “VI Zjazd AM (Toruń 2008) – Relacja z mojego punktu widzenia”

  1. Ola Says:

    a gdzie tu o mnie? ciepło miło i zabawnie. czemu rzadko piszesz?


Leave a Reply